Namibia okiem fotografa 11

Namibia okiem fotografa Namibia

Marek Wójciak

Zapytajcie znajomego, sąsiada czy przypadkową osobę na ulicy – co to Namibia. Gwarantuje, że większość nawet nie będzie znała tego słowa. Jakiś procent zastanowi się głęboko i strzeli ze to coś w Afryce – w końcu tak to brzmi. A tylko nieliczni odpowiedzą z podniesioną głowa – toż to raj dla fotografów!

Sam jestem fotografem, więc jest to jedna z moich ulubionych destynacji. Co prawda, za pierwszym razem straciłem aparat (mimo to wciąż nie uznaje tego kraju za niebezpieczny), jednak widoki pozostały w mojej pamięci już chyba na zawsze. Stąd też i druga wyprawa, która miała potwierdzać na matrycy to wszystko co widziałem za pierwszym razem. Jednak zanim o fotograficznych aspektach Namibii, trochę historii, by wiadomo było o czym mowa.

Jako, że wiedza w narodzie na temat tego pięknego zakątka jest nikła – zacznijmy od początku. Namibia to kraj młody, niepodległy od początku lat ‘90 ubiegłego wieku (tak tak, dokładnie tak jak my!). Kiedy rodziło się pojęcie państwowości jaką znamy obecnie, Namibia była niczyja. Żyły tam ludy lokalne bez zaprzątania sobie głowy pojęciem granicy czy struktur bardziej rozwiniętych niż plemienna. Jednak w Afryce, jako na głównym teatrze ekspansji kolonialnej europejskich mocarstw, nie mógł ostać się tak duży kawałek ziemi bez europejskiego nadzorcy. Kiedy metropolie kolonialne spotkały się w Berlinie w sprawie podziału Afryki, w Namibii od jakiegoś czasu pojawiali się już niemieccy odkrywcy i kupcy. Nasz zachodni sąsiad dopiero co zjednoczył się po wiekach rozbicia i ochoczo stawał do kolonialnej rywalizacji z potentatami takimi jak Anglia czy Francja. Niestety, druga połowa XIX wieku, to czas kiedy na stole pozostały już tylko resztki. Namibii nikt nie chciał – przez wieki był to ląd okryty złą sława (warunki pogodowe wybrzeża, silne prądy morskie powodujące wiele katastrów), do tego byli już tam Niemcy, więc komu innemu można było przyznać ten kawałek ziemi. Przez około 35 lat Berlin niepodzielnie rządził w Namibii, zostawiając do teraz ślady swojej bytności (wiele miast, rzek, miejsc nosi wciąż niemiecko brzmiące nazwy). Aż do I wojny światowej. O ile w Europie armia niemiecka była potęgą, o tyle w koloniach nie mogła się równać z siłami Anglii czy Francji. Namibia padła szybko, przechodząc oficjalnie pod kontrole Londynu a realnie RPA (wtedy wciąż w silnych związkach z Anglią – stad ruch lewostronny w tym kraju). Stan ten trwał aż do lat ‘90 zeszłego stulecia, kiedy to w czasie zmian politycznych w Republice Południowej Afryki, Namibia ogłosiła niepodległość.

 

Nasza piękna afrykańska destynacja podróżnicza, to kraj ogromny jak na populację jaką posiada. 3 x polska z ludnością porównywalny aglomeracji Warszawskiej. Jednak widokowi, jest niewątpliwie w światowej czołówce. Przez tak małą gęstość zaludnienia, jest to jedno z najlepszych miejsc do nocnej fotografii nieba. Baza turystyczna to w większości campingi z ewentualna opcją domków. Najczęściej gdzieś blisko atrakcji turystycznej, jednak wciąż na uboczu wystarczająco by po zapadnięciu zmroku mieć pełny ogląd rozgwieżdżonego nieba. Uwierzcie mi, ze nigdy nie widziałem tak pięknych i wyraźnych gwiazd….

.

Skoro Afryka to także zwierzęta. I tutaj jest już pełna dowolność miejsca i losu. Oczywiście króluje w tym park Etosha – największy w Namibii i najlepiej zaopatrzony w dziką zwierzynę. Stada słoni, tysiące zebr czy pijące żyrafy to dzień powszedni. Jednak także poza parkiem, przy zwykłej drodze można spotkać guźce, oryksy czy inne stworzenia. Co więcej, są one już na tyle oswojone z widokiem aut, że raczej nie straszny im samochód zatrzymujący się kilkanaście metrów dalej, dzięki czemu, lufa z niebotycznym zoomem wcale nie jest potrzebna. Nie raz i nie dwa żyrafa zaglądała mi do okna a stado słoni przechodziło metry od maski mojego auta. I szczerze powiem, że nawet jako fotograf w takich momentach, obcowanie z tak piękną naturą było czymś co pozwoliło mi zapomnieć o aparacie leżącym obok.

Po gwiazdach i zwierzętach, chyba czas wspomnieć o samych miejscach jakie można znaleźć w tym pięknym kraju. Lista jest naprawdę długa i… chyba trochę zaskakująca. Nie takich krajobrazów spodziewamy się po kraju afrykańskim. Po latach indoktrynacji przez filmy przyrodnicze, to co powinniśmy tam zastać to wiecznie zachodzące słonce na trawiastej sawannie i spokojnie wędrujące zwierzęta. Natomiast Namibia to prawdziwy księżyc. Podobne krajobrazy w trochę chłodniejszej atmosferze widziałem tylko na Islandii. Absolutnym hitem jest soussvley (deadvley). Stosunkowo młode miejsce (około 500 lat) – wyschnięte bagna pośród wydm na których kiedyś rosły akacje – obecnie suche kikuty. Połączenie pomarańczowego piasku, szarego wyschniętego błota i suchych od setek lat drzew tworzy istnie kosmiczny krajobraz. Szczerze – nie wiem jak to opisać. To miejsce nie przypomina niczego… kolory, linie…. Klimat! O ile jest się tam wystarczająco wcześniej by nie spotkać setek turystów. Pustka i hmmmm wspomnienie dawnego życia kwitnącego w tym miejscu. Pustka i kolory, wypłowiałe i blade. Pustka…Miejsce, które trzeba odwiedzić, zobaczyć i poczuć przynajmniej raz w życiu. Dla kontrastu na północy lezą wodospady Epupa. Początkowo wydaja się małym lokalnym fenomenem. Dopiero przy dluzszym spacerze wzdłuż, widać ich ogrom i piękno. Gdzieś między pagórkami i suchą sawanną mieszającą się z buszem, wyrasta nagle oaza rodem z biblii. Wysokie palmy, masa zieleni i domki ukryte wśród liści. Jadąc godzinami przez półpustynne odcinki w pyle i palącym słońcu, widok wodospadów Epupa robi piorunujące wrażenie! Niczym ziemia obiecana, raj, którego nikt się nie spodziewał w takim miejscu! Jeśli szukacie miejsca na chill i odpoczynek – definitywnie tam! Bum i przeskakujemy w coś zupełnie z innej beczki. Wybrzeże szkieletów – krajobraz iście marsjański. Tym razem zimno – to jeden z efektów prądu który sprawił ze Namibia przez wieki była tak niedostępna i nieprzyjazna. Stąd też nawa… Ci którym udało się wylądować, najczęściej tracąc statek na mieliźnie lub skałach, spotykali kilometry pustyni. Łącznie – bariera nie do przebycia. Wieki temu było to coś co odstraszało wszystkich od tego zakątka. Teraz godziny przejazdu przez ten region przyprawiają o opad szczęki każdego kto nie zasnął w samochodzie. Niesamowite przestrzenie, formacje skalne czy ziemne i …. pustka. Tym razem bardziej przejmująca niż deadvley, bo o wiele dalsza…

Całość zachwytu nad tym krajem dopełniają ludzie. I o ile dużo o nich powiedzieć nie mogę, w końcu nie ma ich dużo, o tyle Ci których spotkałem robili naprawdę niesamowite wrażenie. Otwarci , przyjaźni a co najfajniejsze – kochający swój kraj, świadomi jego zalet i kultury. Do tej pory pamiętam kobiety z plemienia Himba – w swoim tradycyjnym stroju – półnagie, dokładnie jak z dziecięcych wyobrażę dzikich plemion Afryki. Wydawać by się mogło, że mogą taktować nas z niechęcią – w końcu jesteśmy gośćmy i to przedstawicielami kultury która „ucywilizowała” na siłę ich kraj. A jednak… zdaje mi się, że były równie podekscytowane spotkaniem z nami co my z nimi. Nie nadęte, puste, wyniosłe, ale chichoczące pod nosem, wesołe i otwarte. Niesamowite przeżycie. To samo zwykli Namibijczycy mieszkający czasem w barakach z blachy falistej. Jasne, ze widza w nas możliwość zarobku, ale nie są jeszcze tak nachalni jak Arabowie czy niektórzy Azjaci. Wciąż są ciekawi i wciąż otwarci, mimo widocznych gołym okiem różnic w uposażeniu.

.

Eh… o Namibii można pisać i pisać, chuć muszę przyznać, ze na myśl o tych wszystkich miejscach i przeżyciach brakuje trochę słów. Zbite literki kompletnie nie oddają klimatu tego miejsca a przede wszystkim tych widoków. A klimat jest niepowtarzalny. Campy z namiotami, wspólne gotowanie, gra w karty przy ognisku… eh…. Chyba czas wracać do Namibii:)