Jak wygrać Lofoty 3

Jak wygrać Lofoty

Nie szarżuj pod górę, nie zbiegaj w dół i nie myśl, że lżejszy śpiwór wystarczy. Oczywiście można sprowadzić wyprawę na Lofoty do tych trzech punktów, ale tydzień u północno-zachodnich wybrzeży Norwegii nie pozwala mi zamknąć tak tego tematu. Tym doświadczeniem chciałbym się podzielić.

 

Wszystko, co przeczytaliście przed wyprawą na Lofoty – lub ją rozważając – się zgadza. Widoki są obłędne, średnie (według Norwegów) trasy są trudne, pogoda może się zmienić błyskawicznie i jest tam cholernie drogo. I warto mieć to w głowie, gdy kompletuje się sprzęt z organizacyjnego infopaka, by nie skończyć jak ja: telepiąc się z zimna w zbyt lekkim śpiworze („Komfort 15 stopni? Jak zimno może tam być?”, myślałem) w namiocie rozbitym na plaży Bunes. Spanie w ubraniu też nie pomaga, gdy wiatr przeszywa każdą warstwę jaką masz na siebie narzuconą i wspomnienie z pięknej, upalnej wręcz pogody z pierwszych dni jest jedynym, co tak naprawdę cię ogrzewa.

 

Ale to było tylko kilka godzin chowania się przed zacinającym deszczem i łapania w namiocie jakiegokolwiek zasięgu, by w aplikacji sprawdzić, czy otworzy się jakiekolwiek okno pogodowe. W takiej chwili sprzyja ci to, że cały dzień jest jasno, choć i w tym łatwo się pogubić, gdy z pozostałymi uczestnikami zasiedzisz się „wieczorem” na polu namiotowym, wokół zapadnie cisza, a ty – bez odczuwania senności – spojrzysz na zegarek i zorientujesz się, że w końcu jest pierwsza w nocy. Na trekking jest to jednak tak samo dobry moment, jak poranek, a po godzinach spędzonych w śpiworze w namiocie po prostu chcesz się rozruszać. Na Lofotach opcja jest więc jedna: idziesz w górę.

 

To właśnie na trasie przeżywasz największe zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. Bo oczywiście wcześniej był research: wiedziałem, ile ma dany szczyt, jakiego rodzaju to trasa, ale to wszystko nie działa na wyobraźnię tak, jak ten moment, gdy stoisz na starcie szlaku. Wtedy tych kilkaset metrów nad poziomem morza naprawdę robi wrażenie, a nie jest trzycyfrową liczbą, która blednie w porównaniu do gór, jakie… Cóż, kojarzysz z górami.

 

Weryfikacja przychodzi drugiego dnia, gdy parkujemy pod Reinebringen i zaczynają się schody. Dosłownie, bo przecież jest tam ułożonych (według różnych źródeł) 1600-1800 schodów. Jak trudne może to być? Codziennie pokonujemy schody, mieszkamy na piętrze, włazimy nimi do pracy. A jednak: ułożone wielkie kamienie, które wymagają wyższego uniesienia nogi, wspięcia się i powtórzenia tej czynności – oto trasa na Reinebringen – to nie jest zwykłe wyzwanie.

 

Mam dla ciebie dobrą radę: nie licz pokonywanych schodów. Początkowo trudno od tego uciec, bo co pięćdziesiąty stopień jest opisany i siłą rzeczy wyznaczasz sobie w głowie cel. W moim przypadku było to pięćset: o tyle schodów się wdrapać i wtedy odpocząć. Gdy jednak przy 470 pojawiła się ławeczka, to nie myślałem o niczym innym, jak o zajęciu miejsca i napiciu się wody. Od palących się nóg bardziej urażona była moja duma – nie pokonałem nawet trzeciej części trasy, a już ledwo dyszałem. I wiecie co? Tę walkę z ambicją warto przegrać. Z nikim się przecież nie ścigałem, nie biłem żadnego rekordu – nie chcę nawet wiedzieć, jaki jest najlepszy wynik w wejściu na tę górę – nie miałem limitu czasu, nie groziło mi załamanie pogody (akurat świeciło pełne słońce i było ponad 20 stopni).

 

Oczywiście, że do jakiegoś stopnia przygotowywałem się na ten wyjazd, biegałem, robiłem przysiady… To nie ma znaczenia. Na tych trasach i tak walczysz tylko ze swoją głową. Jeśli w dalszym wspinaniu się na Reinebringen do kolejnych przerw odliczałem sto schodów, to nie myślałem o niczym innym, jak o tym, ile jeszcze zostało. Tymczasem na Lofotach im dłuższa trasa, tym większa frajda z widoków, im więcej przerw, tym częściej sięgasz po aparat. Nie jesteś tam po to, by się którąkolwiek z tras męczyć, ale masz się każdą cieszyć. Nie popełniajcie tego (juniorskiego) błędu.

 

Przede wszystkim, te wejścia czyszczą twoją głowę. Zmęczenie robi swoje, ale zachwyt naturą, widokami i szukanie najlepszej możliwej trasy w błocie, czy kamieniach dają najlepszy odpoczynek. Tam też łatwiej zgubić szlak – czasem nie wiesz, co jest śladem człowieka, co kopcem z kamieni, co oznacza wbity raz na kilka kilometrów patyk – ale „góra” rekompensuje wszystko. Szarżowanie niczemu nie służy, poza zaspokojeniem swojej ambicji, że od drugiego dnia twoja forma też wzrosła i na koniec pobytu zdobędziesz Ryten (543 m n.p.m.) z poziomu pięknej plaży Kvalvika w mniej niż godzinę. A do auta, na dobicie, jeszcze raz rzucisz sobie wyzwanie szybkości pokonania szlaku i w połowie, na kamieniach prowadzących przez przełęcz, mijający cię trekkingowiec spyta się: „Everything okay?”. Nie odpowiadasz, bo sapiesz, pot zalewa ci oczy i możesz tylko lekko się uśmiechnąć oraz przytaknąć. Dasz radę dokończyć trasę, wynik w aplikacji wygląda dobrze, ale czy nie fajniej byłoby posiedzieć kwadrans dłużej na pięknej plaży?

 

Pobyt na Lofotach nie wygrywa się szybkością wejść (umówmy się, wyczynowcy są wśród nas w mniejszości), ani zejść (kolega pragnąc zbiec do plaży nie wyhamował przed błotną kałużą, w konsekwencji kolejny krok wykonał bez lewego buta, miałem szczęście być tuż za nim i odskoczyć). Najbardziej cieszy cię to, że w każdej chwili aktywnie odpoczywasz, a rozglądając się masz przed oczami widoki pocztówkowe. Tym bardziej warto to robić: błądzić wzrokiem dookoła, telefon wyjmując tylko do zdjęć lub odnalezienia właściwej trasy. A jednym z najfajniejszych aspektów życia naszej grupy było to, że na rozmowy o swoich pracach poświęciliśmy ułamek spędzonego na Lofotach czasu. Wcześniej wydawało mi się, że nie można ciągle gadać o tym, co każde z nas widzi dookoła – i bardzo się w tym względzie zagubiłem.

 

Tymczasem naprawdę warto się w tym wszystkim zagubić: nie tylko wędrując po szlakach, nawet we mgle, ale też siedząc przed namiotem na plaży przy ognisku o piątej nad ranem (po coś przez godzinę niesiono 30 kilogramów drewna), na Munkebu z widokiem na trzy górskie jeziora (choć wieje i jesteś po kilkugodzinnej drodze), nawet na polu namiotowym u podnóży szczytów, gdy (pi)jesz kolejną zalewajkę udającą prawdziwą potrawę, krążąc pomiędzy urokliwymi domkami rybaków w kolejnej wiosce, która tylko w teorii wygląda tak samo, jak poprzednia.

 

Tak, na Lofotach będzie ci zimno, mokro, słabo ze zmęczenia, czasem brudno, bo nie chcesz wejść do zimnego jeziora, by się wymyć. Poczujesz zagubienie, gdy w drodze do Munkebu chmury będą tak nisko, że widać tylko na pięć metrów do przodu, a oznaczenia szlaku… czasem bywają. Na 1368 schodku na Reinebringen masz dość wszystkiego, wchodząc i schodząc po łańcuchach na trasie na Hermannsdalstinden (najwyższy szczyt zachodnich Lofotów, niezdobyty przez załamującą się pogodę) obawiasz się kolejnego kroku czy chwytu. Ale to nic przy nagrodzie, jaką otrzymujesz, gdy tylko na moment staniesz w miejscu i spojrzysz na to, co cię otacza. W całkowitej ciszy, czasem w samotności, ale zawsze z otwartą z wrażenia gębą.

 

To wtedy zapominasz o wszystkim i dzieje się to, po co tam jesteś: wygrywasz Lofoty.

Autor: Michał Zachodny