Ale Meksyk!

Ale Meksyk! Meksyk

Dawid Kaniewski

Buenas dias. Wspaniała przygoda, cudowni ludzie, zapierające dech widoki oraz niezapomniane wrażenia. Zacznijmy jednak od początku. Decyzja o wyprawie do Meksyku to oczywiście typowy spontan, no cóż, takie decyzje są u mnie najlepsze. Był marzec, złapałem wtedy akurat „dolinę po podróżniczą” po wizycie w Chinach i nagle moim oczom ukazała się opcja wyjazdu do Meksyku w terminie Dnia Zmarłych. Szybka myśl w głowie „James Bond, Spectre” i wszystko było jasne, jadę! 🙂

Wylot miałem z Berlina, do którego dostałem się (jak się później w trakcie wyjazdu okazało) z mega pozytywnie zakręconymi Aga Piotr i Michał. Na lotnisku zameldowaliśmy się jako pierwsi z grupy i oczekiwaliśmy na kolejnych uczestników. Od samego początku dopisywały nam wyśmienite humory (w końcu ciśniemy na drugi koniec świata, a co!). Moją (i chyba wtedy już nie tylko moją) wewnętrzną radość na moment zburzyły jedne z najlepszych liderek Monika i Ula, które to przehandlowały mnie między sobą . Okazało się bowiem, że do Meksyku lecą dwie grupy, a ja w drodze losowania zostałem „oddany” do grupy nr 2. Smutek, no bo jak? Dlaczego? #całeżyciepodgórkę ale nie ma co się negatywnie nastrajać tylko myśleć pozytywnie. Już po chwili w głowie było pełno pozytywnej energii. Poznam przecież nowych ludzi, a gdy spotkamy się razem jako dwie grupy będę „do przodu” w końcu będę znał już wszystkich. Integracja na lotnisku w Berlinie i Helsinkach przebiegała bardzo barwnie. Jednak największego kolorytu dostarczył Madryt 😀 Do ostatniego już samolotu przed Mexico City wsiadaliśmy w wyśmienitych nastrojach i mieliśmy już pierwszego meksykańskiego przyjaciela. Lot mi się nie dłużył, w końcu spałem całe 9h i obudziłem się na godzinkę przed lądowaniem. W Meksyku w miarę szybko załatwiliśmy sprawy lotniskowe i nastał czas pożegnania się z grupą 1 oraz poznanie grupy nr 2  Część mojej grupy poznałem na lotnisku, a część czekała za nami w hostelu. Jak się później przekonałem można z nimi konie kraść i nie tylko 😛

Mexico City. Jedna z największych aglomeracji na świecie, stolica Meksyku, bardzo przypominająca hiszpańskie miasta, tylko ludzie trochę inni. Tacy niżsi, bardziej owalni xD i ciekawi nas, obcych o innej karnacji. Szybka integracja w hostelu i ruszamy na podbój miasta. Całe miasto skupione było wokół parady z okazji Dnia Zmarłych – Día de los Muertos. Jak ta parada wyglądała nie wiem, nie dane nam było jej doświadczyć na żywo. Wyczekiwaliśmy jej bardzo długo, koniec końców po kilku godzinach oczekiwania poddaliśmy się i wróciliśmy do hostelu. W międzyczasie zdążyłem doświadczyć pierwszych uroków genialnej kuchni meksykańskiej oraz braku umiejętności parzenia kawy. Do rzeczy niezapomnianych zaliczyć można wszechobecne katarynki, które nie dawały uszom ani chwili wytchnienia.
Teotihuacan i Tula. Rejon predatorów i jaguarów 😀 Miejsce gdzie tysiące ludzi zostało złożonych w ofierze – tak przynajmniej mówi się oficjalnie. Ja mam jednak trochę inną teorię. Ludzie po prostu walczyli z predatorami o miano najlepszego, w końcu te wszystkie figurki predatorów na straganach nie mogą się mylić  Niezapomniane widoki oraz możliwość wejścia na Piramidę Słońca i Księżyca oraz spacer Aleją Zmarłych – to trzeba po prostu przeżyć. Do rzeczy niezapomnianych dla uszu należy zaliczyć wszechobecne ceramiczne zabawki-jaguary, wydające dźwięk wszelakich nastrojów jaguara.
Bernal oraz Kanion Tolatongo czyli poranny spacer na monolit pamietający dinozaury oraz wieczorne kąpiele w gorących źródłach z widokiem premium xD Rankiem, jeszcze przed śniadaniem wyruszyliśmy na podbój skalnego monolitu Peña del Bernal. Oczywiście dotarliśmy tam gdzie szlaki nie prowadzą i zawędrowaliśmy nieco wyżej niż powinniśmy, w końcu mieliśmy podążać poza utartym szlakiem xD Widok z góry (ale nie z samego szczytu) był piękny, zresztą wrzucę tu Wam jakieś zdjęcie co byście się „napaczali” 
o Kanionu Tolatongo prowadziła naprawdę kręta droga. Z racji tego, że zawsze jesteśmy uśmiechnięci i zakręceni to w trakcie zjazdu do kanionu rozkręciliśmy zabawę w busie. Polegała ona na tym, że osoby, które siedziały w busie i miały po swojej stronie wspaniały widok kanionu (druga strona widziała w tym czasie ścianę urwiska xD) komentowały to soczystym „wooooooooooooooooow”. Mała rzecz, a cieszyła.
Pueblo Magico San Miguel de Allende i Guanajuato. W skrócie urocze kolorowe kolonialne miasteczka oraz trwożące krew w żyłach muzeum mumii w tym drugim.
Morelia oraz wszystko co związane z celebracją Święta Zmarłych – Dia de los Muertos. Swoją wizytę rozpoczęliśmy od uczestnictwa w rytuale oczyszczania duszy i ciała. Szamanka zwróciła uwagę, że mam w sobie wiele złej energii (to wszystko pewnie przez ten czarny pas <3). Na szczęście nie byłem monopolistą na negatywną energię, załapały się jeszcze dwie koleżanki. Czy pomogło? – ciężko powiedzieć, bo podczas obrzędów rytualnych miałem w głowie dwie piosenki w nawiązaniu do gestów wykonywanych przez szamankę. Było to YMCA i Makarena xD Koniec końców rytuał opuszczałem jako nowy człowiek 😛
Wracamy do hotelu i taaaaaak to jest ten moment gdzie dwie grupy się spotkały pierwszy raz od lotniska w Mexico City. Więcej wspomnień brak hahaha
Cały dzień upłynął mi i moim starym-nowym kompanom (no bo w końcu mogłem poszwendać się z Piotrem, Michałem i Agą) na szukaniu odpowiedniej osoby do pomalowania nam twarzy. Tym razem udało mi się obejrzeć paradę na żywo i to z bardzo bliska. Coś pięknego, wielki podziw za wszystkie wykonane stroje oraz motywy muerte, które wzbudzały zachwyt wszystkich widzów. Wieczorem i w nocy przeżywaliśmy obchody święta zmarłych wraz z okolicznymi plemionami Indian Perpechua. W hotelu zameldowaliśmy się tuż przed godz. 7 rano. To była długa i majestatyczna noc.
Wulkan Paricutin. Do podnóża wulkanu dostaliśmy się dżipami 4×4, a dalej na szczyt poprowadziły nas własne nogi. Trasa nie była wymagająca, a widoki ze szczytu bardzo malownicze. Najwięcej frajdy sprawiło mi jednak zejście, a nawet zbiegnięcie z wulkanu. Droga powrotna w strugach deszczu nie umiliła nam wyprawy. W zamian za to dostaliśmy kilka nowych przeżyć i doświadczeń. Było warto.
Tequila – i co tu opisywać, jak każdy już ma swoje własne wyobrażenie o tej miejscowości xD
Puerto Valarta. Miasteczko typowo turystyczne, z pięknymi plażami oraz dostępem do Pacyfiku. Zadanie numer 1 to oczywiście pełen chillout, naładowanie baterii przed kolejnymi dniami podróży oraz korzystanie z atrakcji wodnych.
Guadalajara i jej smakołyki. Główną atrakcją była kolacja z daniami w stylu prekolumbijskim. No wiecie takie robaczki, larwy, żuczki czy inne takie. Tak, spróbowałem wszystkiego, a gdy chciałem więcej to już niestety nie było ;( Specjałem szefa kuchni są skorpiony. Dostaliśmy dwa skorpiony do spróbowania, oczywiście chętnych było sporo, ale udało mi się dorwać jedną sztukę 😀 Do grona degustatorów dołączyła także Aleksandra. Brawo my, wszystkożercy xD
Mexico City, ponownie. Udało się dotrzeć przed zamknięciem do muzeum Fridy Khalo mieszczącego się w jej domu. Tak już teraz będę pamiętał, że to pani monobrew 😉
Powrót do domu przez Madryt, Berlin i Wrocław. Niestety słonko, które holowałem na lince za samolotem zerwało się gdzieś nad Atlantykiem. Wiosny prędzej nie będzie, niestety.
Miło było z Wami dzielić tę podróż.
Adios amigos”