RIO DE JANERIO - W Mieście ludzi

PAulina lewandowska

                                         

 

 

 

W MIEŚCIE LUDZI

 

Widziane ze szczytu Głowy Cukru Rio de Janeiro jest bez wątpienia najpiękniejszym miastem na świecie – przeczytałam w pewnym popularnym przewodniku. Już pierwsze chwile w Rio przekonują, że stwierdzenie to wcale przesadzone nie jest. W końcu jesteśmy w Cidade Maravilhosa (Cudowne Miasto), jak nie bez powodu określa się Rio.

 

Samba, karnawał i oczywiście piłka nożna – to główne skojarzenia z Brazylią. Może niektórzy wspomną jeszcze fawele – dzielnice biedy, o których problemach przed mundialem faktycznie zaczęło być głośno. Jeśli chodzi natomiast o najważniejsze atrakcje, większość na pierwszym miejscu wymieni Rio de Janeiro. I akurat w tym przypadku miliony się nie mylą. Chociaż w Brazylii ciekawych miejsc jest co niemiara, Rio może stanowić idealny początek podróży po Brazylii, dzięki któremu szybko połkniemy brazylijskiego bakcyla.

 

Już po pierwszych godzinach spędzonych w Rio wiedziałam, że jestem w mieście, do którego będę jeszcze często wracać. A zaczęło się od Couchsurfingu. Razem z koleżanką wylądowałyśmy w Rio w niedzielę, pod wieczór, zmęczone kilkunastogodzinnym lotem z Europy. Okazało się, że dla Cariocas, jak zwani są mieszkańcy Rio, zmęczenie nie istnieje. A przynajmniej nie jest na tyle istotne, by mogło przeszkodzić w zabawie. Pierwszym, o co zapytał nasz host (a może to było raczej stwierdzenie), było, czy idziemy na sambodrom oglądać próby szkół samby. Było to bowiem 3 tygodnie przed słynnym karnawałem. Rio już żyło tym wydarzeniem. Nie wypadało więc odmówić. I z pewnością byłoby czego żałować. Udało nam się zobaczyć Rio prawdziwe – bez turystów, a wśród tłumu miejscowych śpiewających i tańczących na sambodromie. Lepszego przywitania z Brazylią nie mogłyśmy sobie wymarzyć.

 

Także karnawał sam w sobie okazuje się nie być przereklamowany. Co prawda turystów jest więcej niż zwykle, ale i tak można trafić na imprezę, gdzie obcokrajowców się właściwie nie uświadczy. Karnawał bowiem, wciąż pozostaje ważnym elementem życia Cariocas, kiedy to przy wspólnej zabawie przez chwilę wydaje się, że różnice społeczne w Rio nie istnieją.

 

To, co większość zna z telewizji, –czyli wielki sambodrom, gdzie prezentują się najlepsze szkoły samby (choć i ten ze swoimi wymyślnymi platformami robi wrażenie), to tylko część z tego, co się w tym czasie dzieje. Najlepsze czeka na ulicy. Uliczne imprezy, tak zwane blocos, odbywają się w każdej dzielnicy, a harmonogram jest tak bogaty, że można bawić się od rana od rana. Wszystkie blocos są niezwykle kolorowe (z uczestnikami zabawy przebranymi w najbardziej wymyślne stroje, poczynając od Smerfów i innych postaci z bajek, a kończąc na zakonnicach), przepełnione muzyką i radosne.

 

Chociaż Rio to nie tylko karnawał, to jest on pewnego rodzaju esencją tego miasta. Rio jest trochę jak karnawał  – szalone, roztańczone i spontaniczne, ale też pełne kontrastów. Fawele patrzą ze wzgórz na eleganckie apartamentowce przy Copacabanie. Na słynnej Ipanemie europejscy turyści wygrzewają swoje białe ciała koło wysportowanych, ciemnych sylwetek Brazylijczyków. W trakcie jednej z imprez młoda miejscowa dziewczyna próbuje wyciągnąć portfel od idącego przed nią dobrze ubranego mężczyzny. Barwne parady mijają mało zachęcające zaułki, gdzie na chodnikach leżą bezdomni.

 

 

Rio, podobnie jak wiele innych brazylijskich miast, nie jest miejscem zbyt bezpiecznym. Co prawda podczas kilku moich pobytów w Rio osobiście nie miałam żadnej nieciekawej sytuacji, ale dobrze mieć świadomość, gdzie i kiedy możemy chodzić samotnie i przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa. Kradzieże i napady z bronią w ręku oraz sytuacje niczym z filmu „Miasto Boga” nie należą do rzadkości. Co więc właściwie jest tu takiego ciekawego? Dlaczego mimo wielu mało chlubnych obrazków, miasto to przyciąga jak magnes?

 

Może chodzi o znajdujące się tu plaże. Nie tylko te powszechnie znane, jak trochę przereklamowana Copacabana i widowiskowa Ipanema, ale też te mniej popularne wśród turystów, jak oddalona od centrum São Conrado czy urocza Praia Vermelha – z pewnością każdy znajdzie swoją ulubioną. Może to jednak przyroda, którą w tym wielkim mieście zaskakująco łatwo odnaleźć. Egzotyczny Jardim Botânico, który ze swoimi sięgającymi nieba palmami, śmiało może uchodzić za jeden z ładniejszych ogrodów botanicznych na świecie czy rozległe, przypominające dżunglę tereny Parku Narodowego Tijuca dają wytchnienie od upałów metropolii. A może to urokliwa zabudowa? Romantyczna dzielnica Santa Teresa i kolorowe uliczki centrum z najładniejszą Travessa do Comércio zachęcają do spacerów. Do tego barokowe kościoły i muzea z bogatą ekspozycją sztuki oraz jedna z głównych atrakcji – zdobione kolorowymi kafelkami schody Escadaria Selarón, wykonane przez chilijskiego artystę Jorge Selarona, jako hołd dla Brazylijczyków. Jeszcze niedawno, do czasu śmierci twórcy, można było go spotkać siedzącego na schodach, dokończającego swoje dzieło.

 

A może chodzi jednak o te najpiękniejsze widoki na świecie? Czy to na szczycie Głowy Cukru, czy na górze Corcovado (słynącej z figury Chrystusa), czy na którejś z mniej turystycznych i trudniejszych do zdobycia gór, spoglądając na miasto usiane wzgórzami, pomiędzy które wcina się ocean ze swoimi rajskimi plażami, widoki zapierają dech w piersiach. I nikt nie ma wątpliwości, że znalazł się w najładniej położonym mieście na świecie.

 

Może to w końcu po prostu ludzie, którzy tworzą niezwykłą atmosferę miasta. Cariocas, którzy jak nikt inny potrafią cieszyć się z życia. Spotykają się oni, w każdy weekend na głównym placu jednej z najciekawszych i najbardziej rozrywkowej dzielnicy miasta – Lapa, by tańczyć sambę, pić caipirinhe i bawić się tak jak tylko Brazylijczycy potrafią.

 

Podczas gdy Paulistanos (mieszkańcy nie tak znów odległego São Paulo) pędzą w garniturach przez główne ulice miasta, bądź wybierają się do eleganckiego klubu, Cariocas wykorzystują każdy dobry moment na zabawę. Zabawę autentyczną, nienaburmuszoną, z Havaianasami (brazylijskie japonki, których nie wypada tu nie mieć) na stopach i caipirinhą w ręku.

Bo choć może nie są najlepiej zorganizowani (kierowca autobusu miejskiego, który nie potrafi odpowiedzieć, gdzie dokładnie jedzie autobus), czasem trochę zbyt otwarci (dość osobiste pytania i proszenie o beijo, czyli buziaka nieznajomych dziewczyn, to brazylijski standard), to bije od nich zaraźliwy entuzjazm i radość życia.

 

Każda wizyta w Rio to spotkania z ciekawymi i życzliwymi ludźmi. Mały, prywatny koncert gitarowy z brazylijskimi hitami podczas imprezy plażowej na Ipanemie w wykonaniu nastoletnich chłopców, nie jest tu niczym nadzwyczajnym. Podobnie jak przechodzień, który by pomóc turyście w znalezieniu właściwej drogi zaangażuje wszystkich dookoła.

 

Wszystkie elementy składowe miasta tworzą razem trochę chaotyczną, ale w swoich niedoskonałościach wciąż perfekcyjną całość. Cariocas mówią, że Bóg przez sześć dni tworzył świat, a siódmy przeznaczył na Rio. Po kilku pobytach w Rio nie mam wątpliwości, że coś w tym powiedzeniu musi być.