KRÓLESTWO BIAŁEGO PUCHU, CZYLI GRUZJA ZIMĄ

 

 

 

Zimowy wypad do Gruzji wydawał mi się tak nieoczywisty, jak niegdyś kanapka z masłem orzechowym i bekonem, którą zostałam poczęstowana w Stanach. Teraz na myśl o jednym i drugim cieszą mi się oczy.

 

Gruzja, czy to latem, czy zimą daleka jest od komercji na jaką natykamy się zwiedzając Europę. Nieco zmęczeni tłokiem na włoskich, francuskich, czy austriackich stokach postanowiliśmy poszukać czegoś alternatywnego. I tak o to trafiliśmy do Gudauri - najlepiej rozwiniętego gruzińskiego kurortu narciarskiego. Chociaż wspominając masę świeżego puchu, który przywitał nas na miejscu, lepszym określeniem byłoby - kurortu snowboardowego. Tajemniczość Kaukazu w połączeniu z zapierającymi dech w piersiach widokami, masą śniegu i praktycznym brakiem ludzi, były strzałem w dziesiątkę.

 

 

Do Gruzji dostaliśmy się WizzAir’em. 4 godziny lotu z Warszawy do Kutaisi. Na miejscu, jak przystało na Gruzinów, zostaliśmy przywitani lokalnym winem (pycha!). Bagaże, obklejone taśmą i czym tylko mieliśmy pod ręką doleciały w jednym kawałku (co zrobić kiedy chęć podróżowania jest większa niż zasobność naszych portfeli, a bilety lotnicze dla sprzętu sportowego takie drogie). Pod lotniskiem czekał na nas bus z zaprzyjaźnionym kierowcą, który zabrał całą naszą paczkę do Tbilisi. Kilka przystanków na kosztowanie lokalnych specjałów, krótka noc w hostelu blisko centrum i od rana zwiedzanie miasta. Nie uwłaczając stolicy Gruzji, każdy z nas przebierał nogami, aby znaleźć się już w Gudauri. Co ciekawe, różnica w temperaturach była tak ogromna, że w Tbilisi porzuciliśmy kurtki na rzecz znacznie lżejszych odzień, a Gudauria przywitała nas takim ogromem śniegu, jakiego nigdy w życiu nie widziałam - chociaż swoją przygodę narciarską rozpoczęłam blisko 20 lat temu.

 

Warunki na stokach w Gudauri nieziemskie! Cały kompleks skąpany w świeżym puchu, szerokie, wyratrakowane szlaki, blisko 50 km tras w 20 kombinacjach i lokalne jedzenie w knajpkach usytuowanych przy głównych zjazdach. Należy jednak zaznaczyć, że łatwych zielonych, czy niebieskich tras szukać jak ze świecą – nie polecałabym Gruzji osobom, które nie mają w ogóle doświadczenia. Sama infrastruktura jeśli chodzi o wyciągi, chciałoby się rzec – gruzińska. Ciężko napotkać na miejscu nowoczesne, wieloosobowe kanapy z podgrzewanymi siedzeniami, ale i tak cały kompleks działa bez zarzutu. Ogromnym plusem wyboru Gruzji jako zimowej destynacji jest praktyczny brak ludzi. Na stokach nie trzeba co chwilę się rozglądać i hamować w nadziei, że na nikogo się nie wpadnie, nie marznie się stojąc w kolejkach pod wyciągami, bez większego problemu można zamówić coś do jedzenia i znaleźć wygodne miejsce w słoneczku przy barze. Nie można też narzekać na wieczorne atrakcje. Gruzini słyną ze swojej gościnności, dlatego też każdego wieczoru organizowane są lokalne potańcówki.

 

 

Jeżeli chodzi o pogodę w Gruzji zimą to ciężko generalizować. U nas przez połowę wyjazdu padał śnieg, co nieco utrudniało widoczność na stoku, jednak reszta słonecznych dni w całości zrekompensowała początek wyjazdu. Finansowo, również wyszło całkiem w porządku – najdroższe z całego wyjazdu okazały się noclegi. Zdecydowaliśmy się na bardzo przyjemny hostel, w bezpośrednim sąsiedztwie stoków oraz z wyżywieniem, dzięki czemu nie musieliśmy się o nic martwić.

 

W mojej opowieści brakuje dwóch elementów: wyprawy do Kazbegi i relacji z lotu paralotnią. Kazbegi jest to wioska oddalona od granicy z Rosją o 12 kilometrów, z której rozciąga się niesamowity widok na pobliskie góry – niestety lawina, która zeszła na początku naszego wyjazdu pokrzyżowała nam plany i odcięła do niej drogę. Na lot paralotnią nie zdecydowałam się chyba przez gapiostwo. Obiecuję, że jeśli los ponownie skieruje mnie na ośnieżone stoki Gudaurii, już nie odpuszczę!

 

Na miejscu spędziliśmy 7 dni pełnych pysznego jedzenia, świetnej zabawy oraz świeżego puchu! Wyjazd do Gudaurii był ogromnym zastrzykiem endorfin i z czystym sercem mogę polecić tę miejscówkę wszystkim fanom sportów zimowych.

 

 
 

autor: Kasia