Budziak – lata świetlne od turystycznego szlaku

 

 

Jesień. Szaro, zimno, wieczory coraz dłuższe, więc i czasu na rozmyślania jakby więcej. Oj, wyjechałoby się gdzieś! Europa Zachodnia? Piękna, ale drogooo. Azja? Ameryki? Jeszcze piękniejsze, ale dalekooo… A przecież trzeba się zmieścić w tych kilku dniach urlopu, co nam jeszcze zostały. A może by tak poszukać czegoś bliżej i niekoniecznie w strefie euro? Ukraina? Lwów, Kijów… Coś mniej oczywistego? Odessa i słynne Schody Potiomkinowskie? Prawie, ale może coś mniej słynnego? Taka zupełna nieoczywistość i totalny off the beaten track? To może… Budziak i pogranicze ukraińsko-mołdawskie? Woah! Ruszamy! 

 

KONIEC ŚWIATA TUŻ ZA ROGIEM

Ok, ale gdzie właściwie jedziemy? Naszym celem jest Budziak, bo tak określa się historyczną krainę w Besarabii, obecnie znajdującą się w granicach obwodu odeskiego Ukrainy oraz południowej Mołdawii. Podobno nazwa wzięła się od tureckiego słowa oznaczającego „kąt”. I jak spojrzymy na mapę, to faktycznie zobaczymy, że Budziak leży trochę w takim kącie między Ukrainą a Rumunią.

W linii prostej Bołgrad, czyli nieformalną stolicę ukraińskiego Budziaku, od Warszawy dzieli nieco ponad 900 km. Odległość drogowa to, zależnie od wybranej trasy, 1100-1500 km, czyli no, tak mniej więcej tyle co do Frankfurtu nad Menem. Ale idę o zakład, że o ile po przybyciu do największego miasta Hesji nie będziecie mieć poczucia dotarcia na koniec świata, o tyle po opuszczeniu marszutki na dworcu w Bołgradzie widok diabła mówiącego „dobranoc” zupełnie was nie zdziwi. I to niezależnie od tego, czy dotarliście tutaj przez Mołdawię (bezpośredni LOT do Kiszyniowa, potem autobus do Komratu – stolicy Autonomii Gagauskiej, o której za momencik – i marszutka do Bołgradu) czy przez Ukrainę (pociąg do Lwowa, autobus/kolejny pociąg do Odessy, marszutka do Bołgradu). 

GAGAUZIE, KIM JESTEŚ?

No dobra, i kogo tam zastaniemy? Ano potomków emigrantów z Bałkanów, czyli bez wątpienia jednego z najbarwniejszych obszarów Europy. Pod wieloma względami – historycznym, krajobrazowym, kulturowym. Jego bogactwo przejawia się również w liczbie zamieszkujących go narodów. I o ile o Serbach, Chorwatach, Albańczykach czy Bułgarach słyszał chyba każdy, o tyle wiedza o Gagauzach, których przodkowie przed laty również wyemigrowali z Płw. Bałkańskiego na tereny dzisiejszej Mołdawii i Ukrainy, już tak powszechna nie jest. W ogóle w literaturze fachowej często określa się ich jako lud „tajemniczy”. Nie do końca wiadomo, jak to jest z ich pochodzeniem. Naukowcy są zgodni co do tego, że ich korzeni należy szukać na Bałkanach, ale już jak wyglądała, jak to się ładnie określa, etnogeneza Gagauzów, do dziś budzi spory. Są teorie mówiące, że to „sturczeni” Bułgarzy, którzy pod wpływem nacisków ze strony Imperium Osmańskiego zaczęli posługiwać się językiem tureckim, ale zachowali wiarę prawosławną; jest propozycja odwrotna, wedle której Gagauzi są potomkami schrystianizowanych turecko-seldżuckich plemion z Azji Mniejszej. No i jest jeszcze kilkanaście innych pomysłów na to, skąd się Gagauzi wzięli. Trochę to wszystko skomplikowane, ale w końcu na tym polegają tajemnice 🙂 Faktem jest, że Gagauzi mają swój własny język, są w zdecydowanej większości wyznawcami prawosławia i zamieszkują przede wszystkim tereny Ukrainy i Mołdawii, gdzie mają nawet swoją własną autonomię (Gagauz Yeri ze stolicą we wspomnianym Komracie).

NIEATRAKCYJNE ATRAKCJE

Największe miasta Budziaku to Izmaił, Białogród nad Dniestrem (czyli dawny Akerman, kto uważał w liceum, powinien go kojarzyć z mickiewiczowskich „Stepów akermańskich”), Kilia oraz wymienione już Bołgrad i Komrat. Ale prawdziwy urok Budziaku kryje się w setkach mniejszych wiosek i wioseczek, zamieszkanych przez Gagauzów, Mołdawian, Ukraińców, Rosjan, Bułgarów, a nawet Albańczyków – potomków emigrantów sprzed dwóch stuleci. Nic dziwnego, że czasami mówi się, że ten region to takie małe Bałkany na Ukrainie. Odwiedzając Aleksandrowkę, Winogradowkę czy Czerwienoarmiejskoje, możemy być niemal pewni, że spotkamy się z więcej niż przychylnym nastawieniem ich mieszkańców i poczęstowani przynajmniej kubkiem pysznego wina domowej roboty i bryndzy, czyli sera produkowanego z owczego mleka.

Wycieczka do Budziaku to też klimat typowy dla postsowieckich krajów – przepełnione autobusiki, tzw. marszutki, muzyką typu disco-rusco, bazary, na których można dostać pyszne, smażone w głębokim tłuszczu, pirożki i ciągle mocno stojące pomniki towarzysza Lenina.

No i co, warto męczyć się taki kawał drogi, żeby popić trochę miejscowego wina, połazić zakurzonymi ulicami i odwiedzić stolicę chyba najmniej rozpoznawalnej autonomii w Europie? Cóż, jeśli w waszych turystycznych poszukiwaniach bliski jest wam klimat „autentycznych” miejsc, skrajnie nieturystycznych (cokolwiek oba ta określenia miałyby oznaczać) i nieoczywistych, gdzie największą wartością i atrakcją nie są piękna architektura i rajskie plaże, to powinno wam się tu spodobać 🙂

Jacek