3 oczywiste atrakcje Bangkoku, które cię oczarują

 

 

Bangkok – taki trochę backpackerski banał. Często o nim (i o Tajlandii w ogóle) mówi się, że to idealne miejsce na pierwszą dalszą wyprawę. Bo przyjaźni ludzie, bo świetna turystyczna infrastruktura, bo to trochę taki łącznik między bliską ciału Europą, a nieznaną i odmienną Azją. Przez to roi się tu od turystów, backpackerów, ekspatów czy producentów programów typu „Azja Express”. To wszystko prawda. Ale nawet jeśli nie lubicie tłumów albo takich „oczywistych” miejsc, stolicy Tajlandii skreślać nie powinniście. Nie możecie! Jej popularność nie bierze się przecież znikąd. Oto 3 powody, dla których z miejsca będziecie chcieli pakować plecak i wsiadać w samolot do Bangkoku.

 

MIASTO ANIOŁÓW

Stolica Tajlandii to jedno z najbardziej szalonych miejsc na świecie. Już sama jego oficjalna nazwa jest zdrowo odjechana. Otóż dla Tajów Bangkok to żaden Bangkok a Krung Thep („Miasto Aniołów”), co jest skróconą wersją od:

Krung Thep Maha Nakhon Amon Rattanakosin Mahinthrayutthaya Maha Dilokphop Noppharat Ratchathani Burirom Udom Ratchaniwet Maha Sathan Amon Piman Awathan Sathit Sakkhathattiya Witsanukam Prasit,

czyli w wolnym tłumaczeniu:

Miasto Aniołów, wielkie miasto, miejsce pobytu świętego klejnotu Indry (Szmaragdowy Budda), miasto boga nie do zdobycia, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma drogimi kamieniami, bogata w potężne pałace królewskie, równe niebiańskiej siedzibie odrodzonego boga, miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wisznu.

 

 

Słowem – WOW. Tylko dla formalności dopiszę, że jest to oficjalnie najdłuższa nazwa miejscowości na świecie, wpisana do księgi Rekordów Guinnessa. Na tym jednak atrakcje „Miasta Aniołów” się oczywiście nie kończą. Wyświechtany slogan „miasto, które nigdy nie zasypia” w tym przypadku nie wydaje się ani odrobinę przesadzony. Bogate i atrakcyjne życie nocne, setki fantastycznych pubów i dyskotek (które nie ograniczają się tylko do Khao San Road), zapierające dech w piersiach pałace i kompleksy świątynne, niezwykle barwne targowiska, a wszystko to okraszone tajskim jedzeniem, które nie bez przyczyny jest uznawane za jedne z najlepszych na świecie. I choć pierwsze wrażenie może nie być najlepsze, bo głośno, bo tłoczno, bo chaotycznie, warto w Bangkoku spędzić przynajmniej kilka dni i poznać choć część ze wszystkich oczywistych wspaniałości, które ma do zaoferowania.

GRAND PALACE

Której z nich absolutnie nie powinno się przeoczyć? Oczywiście Wielkiego Pałacu Królewskiego. Nie zobaczyć go, będąc w Bangkoku, to jak pojechać do Krakowa i nie odwiedzić Wawelu. Dawna siedziba tajskich królów dziś jest turystyczną mekką i trudno trafić tutaj na okres roku czy porę dnia, w której uniknęlibyśmy stania w kolejkach i przedzierania się przez tłum turystów, niemniej – warto. Cały obiekt pałacowy zajmuje 218,400 m kw. i jest otoczony murem o łącznej długości 1,9 km. Za nim zobaczycie przepych, od którego zakręci wam się w głowie. Kompleks jest usłany wielopoziomowymi watami (ośrodkami życia buddyjskiego), strzelistymi złotymi pagodami czy olbrzymimi posągami Buddy. Na jego zwiedzanie powinniście sobie zarezerwować minimum 3 godziny. I pamiętajcie o odpowiednim stroju! Do środka nie zostaniecie wpuszczeni w krótkich spodenkach czy z odkrytymi ramionami.

STREET FOOD W CHINATOWN

Nie trzeba się specjalnie namęczyć, żeby znaleźć dobre jedzenie w Bangkoku. Nawet w najbardziej niepozornej ulicznej budzie czeka na was prawdziwa uczta dla podniebienia. Jeśli jednak chcecie spróbować czegoś ekstra – nie możecie nie odwiedzić chińskiej dzielnicy tego azjatyckiego Los Angeles. Jej dzieje są ściśle związane z historią Wielkiego Pałacu, bowiem pierwotnie chińscy kupcy zajmowali tereny, na których ten obecnie się znajduje. Musieli się przenieść pod koniec XVII w., gdy zaczęła się jego budowa. W ten sposób trafili na uliczkę Sampaeng Lane – zalążek dzisiejszego Chinatown, jednej z głównych atrakcji miasta.

Można tu znaleźć wszystkie pozycje obowiązkowe z kuchni zarówno tajskiej, jak i chińskiej, a także szereg atrakcji architektonicznych – Wat Traimit, Wat Mangkon Kamalawat czy szpital fundacji Thien Fah. Ale tym co zachwyci was najbardziej, będzie niepowtarzalny i niepodrabialny klimat ten tętniącej życiem i buchającej feerią zapachów dzielnicy.

DOM JIMA THOMPSONA

Tak jak ogólnie muzea nie są czymś, co przyprawia mnie o szybsze bicie serca, tak dom Jima Thompsona w Bangkoku, który jakby nie patrzeć muzeum jest, z czystym sumieniem mogę polecić jako jedną z ciekawszych atrakcji Tajlandii w ogóle. Jest nie tylko piękny, ale też wiąże się z niezwykle ciekawą historią, która doskonale oddaje zawieszenie Tajlandii między wschodem a dalekim zachodem.

Amerykanin Jim Thompson w trakcie II wojny światowej był szpiegiem służącym w wojskach USA stacjonujących w Tajlandii, konkretnie – w Bangkoku. Ten region spodobał mu się na tyle, że po wojnie postanowił osiąść tutaj na stałe i zająć się handlem jedwabiem. Napisać, że interes wypalił, to nic nie napisać. Thompson wkrótce stał się milionerem. Zamieszkał w zaprojektowanej przez siebie rezydencji, która powstała z przeniesionych w jedno miejsce oryginalnych, tradycyjnych chat. Dziś rezydencja znana jest pod nazwą „Dom Jima Thompsona”. Tajska architektura miesza się tutaj z dodatkami typowymi dla kultury zachodniej. Mimo że Dom znajduje się nieopodal kanału Khlong Saen Saeb, po którym co sekundę przepływają dość hałaśliwe łodzie, wizyta tutaj może stanowić świetną odskocznię od gwarnego i chaotycznego Bangkoku.

Jacek